Historia, która spotkała mnie ponad 3 tygodnie temu skłoniła mnie do opisania i założenia konta na Wspaniałych.
3 tygodnie temu byłem zmuszony udać się do najbliższego sklepu całodobowego oddalonego o ponad 3 km. Tak więc długo nie myśląc zabrałem kask, dokumenty i w drogę na skuterze, a że pogoda jest jaka jest i na drogach ślisko jechałem dość uważnie i wolno by nie spowodować wypadku, a co gorsza nie zrobić komuś krzywdy - no ale zawsze to szybciej niż pieszo taki kawał.
Podczas drogi mijały mnie samochody, aż trafił się on. Zjechał na mój pas (drogi z jednym pasem w każdym kierunku ruchu). Pomimo hamowania na nic się to nie zdało, co prawda koła stały ale lód robi swoje, jednak jechałem coś około 15-20km/h, pojazd z naprzeciwka jechał z o wiele większą prędkością i coraz bardziej się do mnie zbliżając zmieniał pas, a to na swój, a to na mój. Nagle zobaczyłem jego samochód jakieś 1,5 m od kierownicy skutera, a ułamek sekundy później poczułem silne uderzenie, chwilę później znalazłem się na przeciwnej stronie ulicy ze skuterem na mnie, a nie jest on lekki jak większość, ale waży on ponad 130 kg. Nie mogłem wstać, czułem silny ból i widziałem tylko jak z kasku i spod mojego ciała wypływa krew.
Nikt się nawet nie zatrzymał i nie mówię tu o pojazdach, pieszych było na prawdę dużo, niektórzy się oglądali i szli dalej. Ja nie byłem w stanie wydusić słowa.
I tu zdarzył się cud, podjeżdża samochód, wychodzi dwóch dresów na oko koło 190cm wzrostu (ale z dołu ciężko określić). Ściągnęli ze mnie skuter i spytali czy dam radę wstać, ja tylko wydukałem pod nosem że nie mogę się ruszyć, ledwo skończyłem dukać, a jeden z nich już miał telefon w ręce i zadzwonił po pogotowie. Karetka przyjechała dość szybko, chociaż mnie to dłużyło się niemiłosiernie. Okazało się, że mam złamane żebro, bark, pękniętą czaszkę i zmasakrowaną twarz, oraz pękniętą nogę i kilka ran otwartych i powbijane części. Kiedy zatamowali mi krew płynącą niczym z kranu. I już się trochę uspokoiłem powiedziałem całą historię. Jeden z dresów zadzwonił po kolegę by ten zabrał skuter, a oni zaś udali się w dalszą drogę przy jakieś dość głośnej muzyce.
Ja podczas drogi do szpitala straciłem przytomność i obudziłem się w szpitalu po kilku dniach. Potem dowiedziałem się, że jestem po operacji, a jeszcze 5 minut na tej ulicy i bym się wykrwawił. A Zapomniałem dodać. Leżałem tam około 10 minut.
Morał z tego taki, że dres potrafi być bardziej ludzki od zwykłego obywatela.
A im strasznie dziękuje, bo gdyby nie oni, to rodzice zamiast przyjechać do szpitala, to przyjechali by do kostnicy. Tą historię opisał bym wcześniej, no ale dopiero dziś puścili mnie do domu.
3 tygodnie temu byłem zmuszony udać się do najbliższego sklepu całodobowego oddalonego o ponad 3 km. Tak więc długo nie myśląc zabrałem kask, dokumenty i w drogę na skuterze, a że pogoda jest jaka jest i na drogach ślisko jechałem dość uważnie i wolno by nie spowodować wypadku, a co gorsza nie zrobić komuś krzywdy - no ale zawsze to szybciej niż pieszo taki kawał.
Podczas drogi mijały mnie samochody, aż trafił się on. Zjechał na mój pas (drogi z jednym pasem w każdym kierunku ruchu). Pomimo hamowania na nic się to nie zdało, co prawda koła stały ale lód robi swoje, jednak jechałem coś około 15-20km/h, pojazd z naprzeciwka jechał z o wiele większą prędkością i coraz bardziej się do mnie zbliżając zmieniał pas, a to na swój, a to na mój. Nagle zobaczyłem jego samochód jakieś 1,5 m od kierownicy skutera, a ułamek sekundy później poczułem silne uderzenie, chwilę później znalazłem się na przeciwnej stronie ulicy ze skuterem na mnie, a nie jest on lekki jak większość, ale waży on ponad 130 kg. Nie mogłem wstać, czułem silny ból i widziałem tylko jak z kasku i spod mojego ciała wypływa krew.
Nikt się nawet nie zatrzymał i nie mówię tu o pojazdach, pieszych było na prawdę dużo, niektórzy się oglądali i szli dalej. Ja nie byłem w stanie wydusić słowa.
I tu zdarzył się cud, podjeżdża samochód, wychodzi dwóch dresów na oko koło 190cm wzrostu (ale z dołu ciężko określić). Ściągnęli ze mnie skuter i spytali czy dam radę wstać, ja tylko wydukałem pod nosem że nie mogę się ruszyć, ledwo skończyłem dukać, a jeden z nich już miał telefon w ręce i zadzwonił po pogotowie. Karetka przyjechała dość szybko, chociaż mnie to dłużyło się niemiłosiernie. Okazało się, że mam złamane żebro, bark, pękniętą czaszkę i zmasakrowaną twarz, oraz pękniętą nogę i kilka ran otwartych i powbijane części. Kiedy zatamowali mi krew płynącą niczym z kranu. I już się trochę uspokoiłem powiedziałem całą historię. Jeden z dresów zadzwonił po kolegę by ten zabrał skuter, a oni zaś udali się w dalszą drogę przy jakieś dość głośnej muzyce.
Ja podczas drogi do szpitala straciłem przytomność i obudziłem się w szpitalu po kilku dniach. Potem dowiedziałem się, że jestem po operacji, a jeszcze 5 minut na tej ulicy i bym się wykrwawił. A Zapomniałem dodać. Leżałem tam około 10 minut.
Morał z tego taki, że dres potrafi być bardziej ludzki od zwykłego obywatela.
A im strasznie dziękuje, bo gdyby nie oni, to rodzice zamiast przyjechać do szpitala, to przyjechali by do kostnicy. Tą historię opisał bym wcześniej, no ale dopiero dziś puścili mnie do domu.
Swego czasu, gdy studiowałem jeszcze w Siedlcach (spiesząc z wyjaśnieniem, obecnie studiuję zupełnie gdzie indziej), gdy biegałem po parku, jeden z dwóch moich telefonów uciekł mi z kieszeni. Zorientowałem się dopiero po dłuższym czasie. I w sumie można mówić tu zarówno o piekielności, jak i wspaniałości pewnych osób.
Gdy zgubiłem telefon, początkowo zacząłem go szukać, czyli po prostu przebiegłem trasę jeszcze raz. Gdy to nie poskutkowało, jedynym rozsądnym rozwiązaniem wydało mi się wykonanie połączenia na zagubiony numer. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, ponieważ dodzwoniłem się do miłej dziewczyny, z którą umówiłem się po odbiór telefonu, w sumie w ostatniej chwili, bo wyjeżdżała do rodziców (chyba, nie pamiętam już dokładnie), do Warszawy. Na dworcu kolejowym poinformowała mnie, że dzwoniła do osób z listy kontaktów i w sumie tylko jedna odebrała (o tym za chwilę)
Podziękowałem jej ślicznie i sięgałem po portfel aby wypłacić zwyczajowe znaleźne, które miałem zamiar dać spore, bo i telefon miał dużą wartość w tamtym okresie. Wywiązała się krótka "kłótnia". [O]na i [J]a:
[O] - Niech Pan nawet nie wyjmuje.
[J] - Należy się Pani. Uczciwie Pani postąpiła, więc jestem zobowiązany.
[O] - W takim razie niech Pan coś dla mnie zrobi.
[J] - ?
[O] - Jak kiedyś Pan znajdzie czyjąś własność, niech Pan zrobi tak samo jak teraz ja.
Byłem nią bardzo miło zaskoczony. I od tej pory, żyje we mnie postanowienie, że będę robił tak jak jej obiecałem.
Piekielny natomiast był mój [K]olega, do którego owa cudowna dziewczyna się dodzwoniła. Następnego dnia przychodzi do mnie:
[K] - Znalazłeś już telefon?
[J] - A skąd Ty o tym wiesz?
[K] - A no bo wczoraj dzwoniła do mnie taka jedna z Twojego numeru, i powiedziała, że znalazła, i żebym szybko Ci powiedział, bo wczoraj pojechała do Warszawy. Ale jakoś wyleciało mi z głowy. Sory...
Ale w sumie i tak nie zdołał mi zepsuć humoru.
Gdy zgubiłem telefon, początkowo zacząłem go szukać, czyli po prostu przebiegłem trasę jeszcze raz. Gdy to nie poskutkowało, jedynym rozsądnym rozwiązaniem wydało mi się wykonanie połączenia na zagubiony numer. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, ponieważ dodzwoniłem się do miłej dziewczyny, z którą umówiłem się po odbiór telefonu, w sumie w ostatniej chwili, bo wyjeżdżała do rodziców (chyba, nie pamiętam już dokładnie), do Warszawy. Na dworcu kolejowym poinformowała mnie, że dzwoniła do osób z listy kontaktów i w sumie tylko jedna odebrała (o tym za chwilę)
Podziękowałem jej ślicznie i sięgałem po portfel aby wypłacić zwyczajowe znaleźne, które miałem zamiar dać spore, bo i telefon miał dużą wartość w tamtym okresie. Wywiązała się krótka "kłótnia". [O]na i [J]a:
[O] - Niech Pan nawet nie wyjmuje.
[J] - Należy się Pani. Uczciwie Pani postąpiła, więc jestem zobowiązany.
[O] - W takim razie niech Pan coś dla mnie zrobi.
[J] - ?
[O] - Jak kiedyś Pan znajdzie czyjąś własność, niech Pan zrobi tak samo jak teraz ja.
Byłem nią bardzo miło zaskoczony. I od tej pory, żyje we mnie postanowienie, że będę robił tak jak jej obiecałem.
Piekielny natomiast był mój [K]olega, do którego owa cudowna dziewczyna się dodzwoniła. Następnego dnia przychodzi do mnie:
[K] - Znalazłeś już telefon?
[J] - A skąd Ty o tym wiesz?
[K] - A no bo wczoraj dzwoniła do mnie taka jedna z Twojego numeru, i powiedziała, że znalazła, i żebym szybko Ci powiedział, bo wczoraj pojechała do Warszawy. Ale jakoś wyleciało mi z głowy. Sory...
Ale w sumie i tak nie zdołał mi zepsuć humoru.
telefon zguba znalazca
Tytułem wstępu:
We wrześniu zeszłego roku pewna kobieta spowodowała kolizję drogową i zbiegła z miejsca zdarzenia. W związku z tym pojechałam zgłosić sprawę na policję.
Akcja właściwa:
Zdenerwowana, wyjechałam spod komisariatu. Boczna uliczka, bez sygnalizacji. Skręcałam w lewo na ulicę, gdzie sygnalizacja była i o zgrozo czerwone światło. Bezmyślnie przejechałam przez przejście na czerwonym i 20 metrów dalej widzę w lusterku policyjne światła. Zjeżdżam na pobocze i otwieram okno...
P - policjant
J - ja
P: Witam Panią. Jakie tam było światło?
J: Skoro Pan tu stoi, to yyy, chyba czerwone?
Już myślę, że będzie mandacik i to nie mały, na co Pan policjant:
P: No. To żeby mi to było ostatni raz!
Uśmiechnął się i wrócił do radiowozu.
Przez chwilę siedziałam osłupiała i nie wierzyłam w to co się stało. Do momentu, aż po prostu odjechali.
I w tym miejscu chciałam podziękować Panu policjantowi z Gdańska, dzięki któremu nie musiałam płacić mandatu, na który mnie nie stać. I za zwykłą ludzką postawę.
Dziękuję!
We wrześniu zeszłego roku pewna kobieta spowodowała kolizję drogową i zbiegła z miejsca zdarzenia. W związku z tym pojechałam zgłosić sprawę na policję.
Akcja właściwa:
Zdenerwowana, wyjechałam spod komisariatu. Boczna uliczka, bez sygnalizacji. Skręcałam w lewo na ulicę, gdzie sygnalizacja była i o zgrozo czerwone światło. Bezmyślnie przejechałam przez przejście na czerwonym i 20 metrów dalej widzę w lusterku policyjne światła. Zjeżdżam na pobocze i otwieram okno...
P - policjant
J - ja
P: Witam Panią. Jakie tam było światło?
J: Skoro Pan tu stoi, to yyy, chyba czerwone?
Już myślę, że będzie mandacik i to nie mały, na co Pan policjant:
P: No. To żeby mi to było ostatni raz!
Uśmiechnął się i wrócił do radiowozu.
Przez chwilę siedziałam osłupiała i nie wierzyłam w to co się stało. Do momentu, aż po prostu odjechali.
I w tym miejscu chciałam podziękować Panu policjantowi z Gdańska, dzięki któremu nie musiałam płacić mandatu, na który mnie nie stać. I za zwykłą ludzką postawę.
Dziękuję!
Opowiem Wam historię. Historia z Pandy - placówki, której pomagamy co jakiś czas. Swego czasu do placówki tej trafiło rodzeństwo. Dziewczynka (nazwijmy ją Klaudynka) i jej młodszy braciszek. Klaudynka miała nieco ponad 6 lat. Więc wylądowała na parterze, tam gdzie dzieci starsze. Młodszy braciszek był na pierwszym piętrze. Tam, gdzie maluchy. Rodzeństwo oczywiście widzi się codziennie, tylko śpią gdzie indziej. Nadeszły święta. A w owe święta pojawił się sponsor. Sponsor kazał dzieciakom narysować swe zabawkowe marzenia. Klaudynka narysowała lalkę Barbie w sukni balowej. Pragnęła taką od zawsze. Nadszedł czas prezentów. Każde dziecko dostało swoje marzenie. Prawie każde. Bo podczas rozdawania tragedia - nie ma lalki. Klaudynka nie ma prezentu. Co robić? Słodycze jakoś udało się skompletować. Udało się wyszukać misia i został jeden samochód - dziecko zostało już zabrane do nowej rodziny. Mówią Klaudynce jaka jest sytuacja, że miś jest świetny i że będzie ją kochał. Klaudynka zrozumiała. Ale wybrała samochód. Nastało ogólne zdziwienie. Dlaczego wzięłaś samochód?
- Dla braciszka. Bo wszystkie dzieci powinny mieć Mikołaja…
Oczywiście wszyscy dookoła się poryczeli, że takie małe dziecko, a takie wielkie serce. Na tym historia się zakończyła.
Do czasu. Byłem tam montować komputer, który zawiozłem dzieciakom (historię na pewno opiszę). Usłyszałem opowiadanie. Oczywiście wzruszyłem się, poznałem Klaudynkę. Dziewczynka przepiękna - jak z obrazka. I bardzo wrażliwa. Historię opisałem mailem i wysłałem do kolegi. I ja też zapomniałem o historii.
Jak się okazało to jeszcze nie koniec. Pewnego dnia przyszedł mail od kolegi, że prosi o mój adres. Mój mail został przetłumaczony i trafił do sklepu Amazon. Jakoś w dwa tygodnie później przychodzi paczka z USA. For Klaudynka. A tam w środku dwie przepiękne Barbie z mocno limitowanej serii. Po 200 dolarów każda. Opisałem historię w sieci i ruszyła lawina dobroci. Sklepy takie jak toys4boys, AMC Wrocław, Makieciarz, modelmania i inne allegrowe zaczęły nadsyłać zabawki. Uzbierało się tego za ponad 5 000 zł. Wszystkie przekazałem dla dzieci. A Klaudynka dostała swoje marzenie. Dobro wraca. Pamiętajcie. Klaudynka i braciszek znaleźli nowy dom. Poza granicami kraju. Ich nowi rodzice są zachwyceni rodzeństwem. Niechaj im Bóg sprzyja!
Dziękuję wszystkim kolegom, koleżankom i firmom, które przyczyniły się do tego, by ta wspaniała dziewczynka uśmiechnęła się promiennie! Dziękuję też wszystkim, którzy przekazali zabawki - to była lawina dobroci!
- Dla braciszka. Bo wszystkie dzieci powinny mieć Mikołaja…
Oczywiście wszyscy dookoła się poryczeli, że takie małe dziecko, a takie wielkie serce. Na tym historia się zakończyła.
Do czasu. Byłem tam montować komputer, który zawiozłem dzieciakom (historię na pewno opiszę). Usłyszałem opowiadanie. Oczywiście wzruszyłem się, poznałem Klaudynkę. Dziewczynka przepiękna - jak z obrazka. I bardzo wrażliwa. Historię opisałem mailem i wysłałem do kolegi. I ja też zapomniałem o historii.
Jak się okazało to jeszcze nie koniec. Pewnego dnia przyszedł mail od kolegi, że prosi o mój adres. Mój mail został przetłumaczony i trafił do sklepu Amazon. Jakoś w dwa tygodnie później przychodzi paczka z USA. For Klaudynka. A tam w środku dwie przepiękne Barbie z mocno limitowanej serii. Po 200 dolarów każda. Opisałem historię w sieci i ruszyła lawina dobroci. Sklepy takie jak toys4boys, AMC Wrocław, Makieciarz, modelmania i inne allegrowe zaczęły nadsyłać zabawki. Uzbierało się tego za ponad 5 000 zł. Wszystkie przekazałem dla dzieci. A Klaudynka dostała swoje marzenie. Dobro wraca. Pamiętajcie. Klaudynka i braciszek znaleźli nowy dom. Poza granicami kraju. Ich nowi rodzice są zachwyceni rodzeństwem. Niechaj im Bóg sprzyja!
Dziękuję wszystkim kolegom, koleżankom i firmom, które przyczyniły się do tego, by ta wspaniała dziewczynka uśmiechnęła się promiennie! Dziękuję też wszystkim, którzy przekazali zabawki - to była lawina dobroci!
Panda dobroć siostra
Historia o tym, że jeżeli okazujesz komuś dobro, to wraca ono odpłacając się tym samym.
Historię opowiedziała mi mama. Z jej sytuacją finansową nie jest najlepiej, ale od czasu do czasu pozwalała sobie na kupienie jakiegoś lepszego ciasta z cukierni. Tak było i tym razem. Szła do cukierni i zobaczyła klęczącą Cygankę z ok. 6 letnim dzieckiem. Gdy kupowała ciasto, chłopiec był w sklepie. Wzięła go więc za rękę i spytała się, które ciastko chce. Wybrał sobie a mama zapłaciła, dając jeszcze złotówkę. Dziecko zjadło a złotówkę zaniosło swojej mamie.
Gdy wychodziła, dostała od kierowniczki cukierni dużą drożdżówkę.
Historię opowiedziała mi mama. Z jej sytuacją finansową nie jest najlepiej, ale od czasu do czasu pozwalała sobie na kupienie jakiegoś lepszego ciasta z cukierni. Tak było i tym razem. Szła do cukierni i zobaczyła klęczącą Cygankę z ok. 6 letnim dzieckiem. Gdy kupowała ciasto, chłopiec był w sklepie. Wzięła go więc za rękę i spytała się, które ciastko chce. Wybrał sobie a mama zapłaciła, dając jeszcze złotówkę. Dziecko zjadło a złotówkę zaniosło swojej mamie.
Gdy wychodziła, dostała od kierowniczki cukierni dużą drożdżówkę.
cukiernia
Historia z przed 2 lat. 14 lutego walentynki, wychodzę z centrum handlowego. W jednej ręce zakupy, w drugiej kwiaty dla dziewczyny. Nagle słyszę ktoś woła: proszę pana, proszę pana! Odwracam się, pomyślałem że może do mnie, a tam facet mówi, że nie kocham pana ale wypadł panu portfel. Patrze, a ten faktycznie w ręce trzyma mój kajet. Uśmiechnąłem i zdziwiony podziękowałem, facet też się zaśmiał i odszedł.
Moja mała siostrzyczka ma Zespół Downa.
Pewnego dnia poszłam z małą i moimi córkami na lody. Przed nami w kolejce stała [P]ani w wieku ok. 50-60 lat. Gdy zobaczyła moją siostrę zaczęła drzeć się na mnie, że jak ja śmiem wyprowadzać takie nie wiadomo co (!) na ulicę do ludzi. Moja siostrzyczka się rozpłakała, jak i moje córki. [Pani S]przedawczyni już dawała jej loda, gdy to usłyszała.
[PS]: - Przepraszam, jak pani śmie przezywać to kochane dziecko?
[P]: - To? To nie człowiek! To gorzej niż zwierzę!
[PS]: - Jak pani tak się zachowuje to odmawiam sprzedania loda.
[P]: - Tak nie wolno! Zamkną cię! Spadam stąd! Banda idiotów!
[PS]: - A niech mnie zamkną, nie obchodzi mnie to!
Kupiłyśmy co miałyśmy kupić. Okazało się, że sprzedawczyni ma córkę z Zespołem Downa. Niestety, na drugi dzień zamknęli sklepik miłej pani...
Edytuję to opowiadanie i dodam coś od siebie. Jako admina wspaniałych. Wredna Pani. Powiem z angielska. I wish you bad luck.
Pewnego dnia poszłam z małą i moimi córkami na lody. Przed nami w kolejce stała [P]ani w wieku ok. 50-60 lat. Gdy zobaczyła moją siostrę zaczęła drzeć się na mnie, że jak ja śmiem wyprowadzać takie nie wiadomo co (!) na ulicę do ludzi. Moja siostrzyczka się rozpłakała, jak i moje córki. [Pani S]przedawczyni już dawała jej loda, gdy to usłyszała.
[PS]: - Przepraszam, jak pani śmie przezywać to kochane dziecko?
[P]: - To? To nie człowiek! To gorzej niż zwierzę!
[PS]: - Jak pani tak się zachowuje to odmawiam sprzedania loda.
[P]: - Tak nie wolno! Zamkną cię! Spadam stąd! Banda idiotów!
[PS]: - A niech mnie zamkną, nie obchodzi mnie to!
Kupiłyśmy co miałyśmy kupić. Okazało się, że sprzedawczyni ma córkę z Zespołem Downa. Niestety, na drugi dzień zamknęli sklepik miłej pani...
Edytuję to opowiadanie i dodam coś od siebie. Jako admina wspaniałych. Wredna Pani. Powiem z angielska. I wish you bad luck.
Sklepik z miłą sprzedawczynią
Historia z 2 stycznia. Jadę sobie samochodem zatrzymuje mnie [P]olicja:
[P] Dzień dobry. Artur Wspaniały, Komenda miejska policji w BB. Powodem zatrzymania do kontroli jest brak zapiętych pasów bezpieczeństwa. Poproszę prawo jazdy, polisę OC, dowód rejestracyjny i dowód osobisty.
Ja banan na usta i z głupokowatym uśmieszkiem mówię:
[J] Nie mam.
[P] Jak to Pan nie ma?
[J] No nie mam, nie wziąłem, wyjechałem dosłownie na 5 minut z sąsiadką. Mieszkam 3 kilometry stąd jadę już do domu.
[P] Kto jest właścicielem auta?
[J] Ja, jest ubezpieczone i zarejestrowane na mnie.
[P] To co z Panem zrobimy?
Znowu zagościł mi ten głupi uśmieszek na twarzy.
[J] Puścicie mnie?
Obeszli auto dookoła, popatrzyli na tablice, jeden z nich chciał abym dostarczył im dokumenty (działo się to pod sądem). W końcu powiedzieli żeby wracał do domu i następnym razem woził wymagane prawem dokumenty. Jeszcze pomogli się mi włączyć do ruchu gdyż cofałem na główną drogę i mało widziałem. Jak dla mnie udany początek roku.
[P] Dzień dobry. Artur Wspaniały, Komenda miejska policji w BB. Powodem zatrzymania do kontroli jest brak zapiętych pasów bezpieczeństwa. Poproszę prawo jazdy, polisę OC, dowód rejestracyjny i dowód osobisty.
Ja banan na usta i z głupokowatym uśmieszkiem mówię:
[J] Nie mam.
[P] Jak to Pan nie ma?
[J] No nie mam, nie wziąłem, wyjechałem dosłownie na 5 minut z sąsiadką. Mieszkam 3 kilometry stąd jadę już do domu.
[P] Kto jest właścicielem auta?
[J] Ja, jest ubezpieczone i zarejestrowane na mnie.
[P] To co z Panem zrobimy?
Znowu zagościł mi ten głupi uśmieszek na twarzy.
[J] Puścicie mnie?
Obeszli auto dookoła, popatrzyli na tablice, jeden z nich chciał abym dostarczył im dokumenty (działo się to pod sądem). W końcu powiedzieli żeby wracał do domu i następnym razem woził wymagane prawem dokumenty. Jeszcze pomogli się mi włączyć do ruchu gdyż cofałem na główną drogę i mało widziałem. Jak dla mnie udany początek roku.
policja
Historia będzie opowiadać o Ojcu Łukaszu z parafii św. Wawrzyńca we Wrocławiu. Jest 12.01.2012r. Przychodzi do nas ksiądz w ramach kolędy. Rozmawiamy sobie spokojnie po czym moja mama podaje księdzu kopertę. On wziął tą kopertę i spytał się jednego, co zawsze będzie budzić moje uznanie. To znaczy: "Czy Wam nie będzie brakować?" Byłem naprawdę pełen ogromnego podziwu dla ojca Łukasza za to jak się zachował. Oby więcej takich księży/ojców dla których kapłaństwo to nie jest tylko obowiązek, a jest całym życiem. Z takich ludzi aż bije "światło" dobroci serca. Po takich księżach widać że to, co wiąże ich z kościołem, to powołanie.
Wrocław księża ojcowie kolęda klaretyni
Pamiętam jak kiedyś wracałam od babci do domu, niestety gdy zobaczyłam rozkład okazało się, że na autobus muszę czekać ponad godzinę. Kiedy zrezygnowana czekałam siedząc na murku, nagle podjechał bus, który wtedy jeździł i zatrzymał się (nie zauważyłam go, patrząc w ekran telefonu). Kierowcy odpowiedziałam, że chyba spadł mi z nieba na co on odparł, że dobrze że mnie poznał. Dziękuję z tego miejsca.
bus
