Warszawska Praga, jak wiadomo, nie cieszy się zbyt dobrą sławą. Jednak mieszkam w takim miejscu, że codziennie jadąc i wracając ze szkoły przejeżdżam przez tę dzielnicę.
Któregoś dnia, wracając do domu, przypomniałam sobie o małych zakupach, które powinnam zrobić. Weszłam więc do pewnego praskiego sklepu wyposażonego w bramki antykradzieżowe. Ku mojemu zdziwieniu, zaczęły one charakterystycznie pikać. Zatrzymałam się więc tuż za nimi i wzrokiem zaczęłam szukać [O]chroniarza, żeby później nie mieć kłopotów. Kiedy już go namierzyłam, poskarżyłam mu się.
[J] Proszę pana, "pikam"...
[O]: Pani się nie przejmuje! Czasami już tak jest... Zapamiętam, że tak zareagowały, jakby odezwały się też przy wyjściu!
Weszłam więc do sklepu i spokojnie robiłam zakupy. Po chwili podbiega do mnie ten sam ochroniarz. Już bałam się, że chce mnie w coś wpakować, ale było inaczej.
[O] Proszę pani! Zauważyłem, że ma pani rozpiętą torbę! Lepiej niech pani sprawdzi, czy nic nie zginęło i szybko ją zapnie, bo tu trochę niebezpiecznie...
Podziękowałam i zapięłam przerażona moim gapiostwem. Pan być może uchronił mnie od kradzieży, tym bardziej, że portfel nieroztropnie miałam na samym wierzchu.
Gdy wychodziłam, pan Ochroniarz pożegnał mnie uśmiechnięty, życząc miłego dnia. I faktycznie, jego zachowanie sprawiło, że tego wieczoru miałam bardzo dobry humor.
Któregoś dnia, wracając do domu, przypomniałam sobie o małych zakupach, które powinnam zrobić. Weszłam więc do pewnego praskiego sklepu wyposażonego w bramki antykradzieżowe. Ku mojemu zdziwieniu, zaczęły one charakterystycznie pikać. Zatrzymałam się więc tuż za nimi i wzrokiem zaczęłam szukać [O]chroniarza, żeby później nie mieć kłopotów. Kiedy już go namierzyłam, poskarżyłam mu się.
[J] Proszę pana, "pikam"...
[O]: Pani się nie przejmuje! Czasami już tak jest... Zapamiętam, że tak zareagowały, jakby odezwały się też przy wyjściu!
Weszłam więc do sklepu i spokojnie robiłam zakupy. Po chwili podbiega do mnie ten sam ochroniarz. Już bałam się, że chce mnie w coś wpakować, ale było inaczej.
[O] Proszę pani! Zauważyłem, że ma pani rozpiętą torbę! Lepiej niech pani sprawdzi, czy nic nie zginęło i szybko ją zapnie, bo tu trochę niebezpiecznie...
Podziękowałam i zapięłam przerażona moim gapiostwem. Pan być może uchronił mnie od kradzieży, tym bardziej, że portfel nieroztropnie miałam na samym wierzchu.
Gdy wychodziłam, pan Ochroniarz pożegnał mnie uśmiechnięty, życząc miłego dnia. I faktycznie, jego zachowanie sprawiło, że tego wieczoru miałam bardzo dobry humor.
Mój tata ma dziwną manię zostawiania portfela na dachu samochodu przy otwieraniu drzwi. Pracował niegdyś w firmie rozwożącej hurtowo przeróżne chemikalia. Do rzeczy.
Pojechał dowieść gdzieś 20 kg kitu szklarskiego. Miał do dowiezienia tylko to, więc zamiast ciężarówki wziął prywatną osobówkę. Pojechał na stację, zatankował, poszedł zapłacić. Odjechał z 2 km i goni go jakaś pani maluchem. Mocno go wyprzedziła, potem nagle się zatrzymała. Wysiadła, po czym okazało się, że tata wystartował z portfelem na dachu, który spadł na stacji. Były w nim m.in. potwierdzenie wpłaty, pieniądze, itd. Uprzejma pani wzięła portfel i dogoniła tatę, co było nie lada wyczynem jak na malucha. Gdyby nie ona najpewniej wyleciałby z pracy.
Pojechał dowieść gdzieś 20 kg kitu szklarskiego. Miał do dowiezienia tylko to, więc zamiast ciężarówki wziął prywatną osobówkę. Pojechał na stację, zatankował, poszedł zapłacić. Odjechał z 2 km i goni go jakaś pani maluchem. Mocno go wyprzedziła, potem nagle się zatrzymała. Wysiadła, po czym okazało się, że tata wystartował z portfelem na dachu, który spadł na stacji. Były w nim m.in. potwierdzenie wpłaty, pieniądze, itd. Uprzejma pani wzięła portfel i dogoniła tatę, co było nie lada wyczynem jak na malucha. Gdyby nie ona najpewniej wyleciałby z pracy.
Było to już trochę dawno bo we wrześniu/październiku. Ale chciałam podziękować ośmiu wspaniałym ludziom, którzy zareagowali na moje ogłoszenie i dali dom szczeniakom trzymanym w zimnym chlewku i uratowali je przed głodem i uśpieniem.
Dziękuje!
Dziękuje!
Mój 4-letni syn często choruje, a w szczególności upodobał sobie zapadanie na choroby w trakcie weekendu.
Pewnej wrześniowej niedzieli obudził się z 40 st. temperaturą i jak zawsze w takich przypadkach pojechałam z nim na oddział ratunkowy Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach. Po zbadaniu dziecka przez Panią doktor okazało się, że trzeba podać antybiotyk. Ponieważ sama wychowuję dwójkę dzieci, a jak wiadomo wrzesień jest ciężkim finansowo miesiącem, poprosiłam Panią doktor o przepisanie w miare taniego antybiotyku. I tu, jakie było moje zdziwienie, kiedy Pani doktor obdzwoniła kilka pobliskich aptek i ustaliła, w której najbliższej aptece można kupić najtaniej przepisany antybiotyk (zapłaciłam za niego 5 zł). Bardzo wzruszyło mnie zaangażowanie i zrozumienie mojej trudnej sytuacji przez Panią doktor.
Sama w mojej pracy zawodowej często bezinteresownie pomagam ludziom - teraz mam potwierdzenie, że dobro powraca.
Chciała bym serdecznie podziękować wszystkim pracownikom Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach za dobroć, profesjonalizm, zrozumienie i zaangażowanie w pracę.
Pewnej wrześniowej niedzieli obudził się z 40 st. temperaturą i jak zawsze w takich przypadkach pojechałam z nim na oddział ratunkowy Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach. Po zbadaniu dziecka przez Panią doktor okazało się, że trzeba podać antybiotyk. Ponieważ sama wychowuję dwójkę dzieci, a jak wiadomo wrzesień jest ciężkim finansowo miesiącem, poprosiłam Panią doktor o przepisanie w miare taniego antybiotyku. I tu, jakie było moje zdziwienie, kiedy Pani doktor obdzwoniła kilka pobliskich aptek i ustaliła, w której najbliższej aptece można kupić najtaniej przepisany antybiotyk (zapłaciłam za niego 5 zł). Bardzo wzruszyło mnie zaangażowanie i zrozumienie mojej trudnej sytuacji przez Panią doktor.
Sama w mojej pracy zawodowej często bezinteresownie pomagam ludziom - teraz mam potwierdzenie, że dobro powraca.
Chciała bym serdecznie podziękować wszystkim pracownikom Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach za dobroć, profesjonalizm, zrozumienie i zaangażowanie w pracę.
Joanna
Historia z czasów mojej wczesnej podstawówki. Miałam jakieś 9 lat, moja siostra 7.
Byłyśmy na koloniach letnich organizowanych przez szkołę. W czasie wycieczki do Krakowa wychowawcy dali nam trochę czasu wolnego. Razem z siostrą postanowiłyśmy, że pójdziemy coś przekąsić w McDonaldzie. Kiedy już zamówiłyśmy jedzonko, moja siostra zauważyła, że nie ma czym zapłacić, gdyż nie może znaleźć w swoim plecaczku portfela. Zapłaciłam więc również za jej posiłek i ze smutną siostrą (bynajmniej nie z powodu utraty gotówki, ale dlatego, że to był portfelik z MISIEM) usiadłam przy stoliku.
Po chwili podeszła do nas pani, wyglądająca jak wierna słuchaczka Jedynego Słusznego Radia trzymając w dłoni... portfelik mojej siostry. Staruszka wyjaśniła, że szła za nami ulicą i zobaczyła, że jakiś chłopak wyjął portfel mojej siostrze z plecaka po czym odwrócił się i próbował uciec. Jednak kobiecie udało się go zatrzymać i odebrać skradziony mojej siostrze przedmiot, po czym szybko poszła za nami aby go oddać
Jestem tej staruszce bardzo wdzięczna, bo mimo że w portfelu nie było dużo pieniędzy, to jego utrata spowodowałaby ogromny smutek u mojej, do dzisiaj wszystkim stresującej się siostry.
Byłyśmy na koloniach letnich organizowanych przez szkołę. W czasie wycieczki do Krakowa wychowawcy dali nam trochę czasu wolnego. Razem z siostrą postanowiłyśmy, że pójdziemy coś przekąsić w McDonaldzie. Kiedy już zamówiłyśmy jedzonko, moja siostra zauważyła, że nie ma czym zapłacić, gdyż nie może znaleźć w swoim plecaczku portfela. Zapłaciłam więc również za jej posiłek i ze smutną siostrą (bynajmniej nie z powodu utraty gotówki, ale dlatego, że to był portfelik z MISIEM) usiadłam przy stoliku.
Po chwili podeszła do nas pani, wyglądająca jak wierna słuchaczka Jedynego Słusznego Radia trzymając w dłoni... portfelik mojej siostry. Staruszka wyjaśniła, że szła za nami ulicą i zobaczyła, że jakiś chłopak wyjął portfel mojej siostrze z plecaka po czym odwrócił się i próbował uciec. Jednak kobiecie udało się go zatrzymać i odebrać skradziony mojej siostrze przedmiot, po czym szybko poszła za nami aby go oddać
Jestem tej staruszce bardzo wdzięczna, bo mimo że w portfelu nie było dużo pieniędzy, to jego utrata spowodowałaby ogromny smutek u mojej, do dzisiaj wszystkim stresującej się siostry.
staruszka portfel
Mam szczęście w moim życiu częściej spotykać Wspaniałych niż Piekielnych.
Akcja mojej pierwszej historii rozgrywa się 5 lat temu, kiedy to jako świeżo upieczona gimnazjalistka jechałam autobusem do szkoły. Już na początku mojej jazdy przypomniałam sobie o tym, że nie zrobiłam pracy domowej z geografii. Wyjęłam ćwiczenia i z przerażeniem zobaczyłam, że zadań do zrobienia jest dużo i są one bardzo trudne. Moja sytuacja pogorszyła się jeszcze bardziej kiedy zauważyłam, że do autobusu wsiadł właśnie bezdomny i ku mojemu przerażeniu zajął miejsce właśnie koło mnie. Nie było już jak się przesiąść, a od pana na szczęście nie było czuć tego mocnego smrodu, który towarzyszy większości osobników podobnych do tego pana, więc spróbowałam skupić się na moich zadaniach. Kompletnie mi to nie szło. Po chwili zobaczyłam, że bezdomny patrzy mi się w książkę. Ku mojemu zdziwieniu podyktował mi praktycznie całą pracę domową! Gdy skończył, spytał się, czy w czymś jeszcze może pomóc. Kiedy mu podziękowałam, uśmiechnął się tylko i powiedział, że to dla niego przyjemność, że może się na coś przydać i poprosił, że jakbym miała jakieś niepotrzebne kanapki, żebym przyniosła mu je na Dworzec Centralny. Kiedy wychodziłam z autobusu, pan życzył mi jeszcze miłego dnia w szkole.
Ta sytuacja zupełnie zmieniła moje postrzeganie bezdomnych, pokazała, że nie każdy brudny człowiek to żul, alkoholik i złodziej. Tamtego pana niestety nigdy już nie udało mi się spotkać, jednak od tamtego czasu nie potrafię przejść obojętnie koło kogoś potrzebującego i głodnego. Mam nadzieję, że tamten Wspaniały Bezdomny jakoś wyszedł ze swojej trudnej sytuacji.
Akcja mojej pierwszej historii rozgrywa się 5 lat temu, kiedy to jako świeżo upieczona gimnazjalistka jechałam autobusem do szkoły. Już na początku mojej jazdy przypomniałam sobie o tym, że nie zrobiłam pracy domowej z geografii. Wyjęłam ćwiczenia i z przerażeniem zobaczyłam, że zadań do zrobienia jest dużo i są one bardzo trudne. Moja sytuacja pogorszyła się jeszcze bardziej kiedy zauważyłam, że do autobusu wsiadł właśnie bezdomny i ku mojemu przerażeniu zajął miejsce właśnie koło mnie. Nie było już jak się przesiąść, a od pana na szczęście nie było czuć tego mocnego smrodu, który towarzyszy większości osobników podobnych do tego pana, więc spróbowałam skupić się na moich zadaniach. Kompletnie mi to nie szło. Po chwili zobaczyłam, że bezdomny patrzy mi się w książkę. Ku mojemu zdziwieniu podyktował mi praktycznie całą pracę domową! Gdy skończył, spytał się, czy w czymś jeszcze może pomóc. Kiedy mu podziękowałam, uśmiechnął się tylko i powiedział, że to dla niego przyjemność, że może się na coś przydać i poprosił, że jakbym miała jakieś niepotrzebne kanapki, żebym przyniosła mu je na Dworzec Centralny. Kiedy wychodziłam z autobusu, pan życzył mi jeszcze miłego dnia w szkole.
Ta sytuacja zupełnie zmieniła moje postrzeganie bezdomnych, pokazała, że nie każdy brudny człowiek to żul, alkoholik i złodziej. Tamtego pana niestety nigdy już nie udało mi się spotkać, jednak od tamtego czasu nie potrafię przejść obojętnie koło kogoś potrzebującego i głodnego. Mam nadzieję, że tamten Wspaniały Bezdomny jakoś wyszedł ze swojej trudnej sytuacji.
bezdomny autobus praca domowa
W ostatnie wakacje mieliśmy z kolegami turniej w piłke nożną. Czas spokojnie mija, aż nagle mój kolega mówi nam, że w swoich butach nie może grać. Więc cała nasza grupa szuka po kieszeniach pieniędzy i mamy chyba 7.50zł. Jako, że hala jest koło rynku ja i mój kolega udaliśmy sie po jakieś trampki dla niego. Dochodzimy do sklepu, patrzymy na cene trampek i... Zonk! 9 czy 10 zł. My zawiedzenie, mamy wychodzić, aż tu nagle pani [S]przedawczyni zaczyna do nas mówić:
[J] - Wie pani, mamy tutaj blisko turniej w piłkę nożną i zaraz mamy mecz i bardzo nam zależy, żeby kolega mógł zagrać, ale brakuje nam 2 czy 3 złotych.
[S]- Oj chłopaki... Sprzedam wam te trampki za 7.50. Ale pamiętajcie, macie wygrać ten mecz!
Bardzo grzecznie podziękowaliśmy i przez cały dzień byłem uradowany.
Mecz przegraliśmy 5-3, ale ta [S]przedawczyni była Wspaniała!
Jeszcze raz dziękuję.
[J] - Wie pani, mamy tutaj blisko turniej w piłkę nożną i zaraz mamy mecz i bardzo nam zależy, żeby kolega mógł zagrać, ale brakuje nam 2 czy 3 złotych.
[S]- Oj chłopaki... Sprzedam wam te trampki za 7.50. Ale pamiętajcie, macie wygrać ten mecz!
Bardzo grzecznie podziękowaliśmy i przez cały dzień byłem uradowany.
Mecz przegraliśmy 5-3, ale ta [S]przedawczyni była Wspaniała!
Jeszcze raz dziękuję.
szczęście miła pani
Historia z czasów gdy byłam młoda i głupia. Swego czasu miałam fazę jeżdżenia na koncerty, które się odbywały na płd - wsch Polski. Zaliczyłam ich około 10.
Na jednym - bardzo inteligentnie - umówiłam się z gościem znanym tylko z netu. Miał mnie podwieźć do Rzeszowa, ponad 10 km od miejsca gdzie byłam, zaraz po koncercie, bo miałam tam nocleg. Przed koncertem - nie mogę się dodzwonić, po - również. Jestem w jednej wielkiej dziurze, zaczęła się już ostrzejsza impreza, a ja sama, biedna (niepełnoletnia), bez perspektyw na przetrwanie nocy. Łapanie stopa wśród wyjeżdżających zakończyło się ochrzanem od ochroniarza...
Raz kozie śmierć. Wyczaiłam 2 chłopaków na parkingu, najbardziej chyba trzeźwych i zapytałam, czy mnie nie podwiozą na najbliższy przystanek (ponad 5 km), gdzie za jakieś 15 minut mam ostatni autobus. Jeden się ulotnił, wraca z 2 kolegów i wszyscy wsiadamy do auta. Byłam głupia - powtarzam - więcej szczęścia niż rozumu. Rozmowa była przednia, obiecałam przesłać pocztówki od siebie, czego PRZEPRASZAM, że nie zrobiłam, ale zdążyłam dosłownie minutę przed autobusem. DZIĘKUJĘ PANOWIE, bo bez Was nie wiem jakby moja głupota się skończyła.
Na jednym - bardzo inteligentnie - umówiłam się z gościem znanym tylko z netu. Miał mnie podwieźć do Rzeszowa, ponad 10 km od miejsca gdzie byłam, zaraz po koncercie, bo miałam tam nocleg. Przed koncertem - nie mogę się dodzwonić, po - również. Jestem w jednej wielkiej dziurze, zaczęła się już ostrzejsza impreza, a ja sama, biedna (niepełnoletnia), bez perspektyw na przetrwanie nocy. Łapanie stopa wśród wyjeżdżających zakończyło się ochrzanem od ochroniarza...
Raz kozie śmierć. Wyczaiłam 2 chłopaków na parkingu, najbardziej chyba trzeźwych i zapytałam, czy mnie nie podwiozą na najbliższy przystanek (ponad 5 km), gdzie za jakieś 15 minut mam ostatni autobus. Jeden się ulotnił, wraca z 2 kolegów i wszyscy wsiadamy do auta. Byłam głupia - powtarzam - więcej szczęścia niż rozumu. Rozmowa była przednia, obiecałam przesłać pocztówki od siebie, czego PRZEPRASZAM, że nie zrobiłam, ale zdążyłam dosłownie minutę przed autobusem. DZIĘKUJĘ PANOWIE, bo bez Was nie wiem jakby moja głupota się skończyła.
Żeby się za bardzo nie rozpisywać, opiszę sprawę możliwie krótko, mimo, że działo się dużo.
Wracając z kolonii zimowych, zdarzyło mi się zjeść w barze szybkiej obsługi. Ludzi tłum, wcisnęłam się na miejsce przy stoliku, swoje rzeczy rzuciłam obok, przy nogach i zaczęłam przygryzać frytki.
Kiedy skończyłam jeść, szybko narzuciłam kurtkę i poleciałam na autobus, gdyż za 7 minut odjeżdżał ostatni. Gdy znalazłam się w autobusie, dopadła mnie panika. Z przerażeniem stwierdziłam, że w barze zostawiłam swoją torbę, a w niej - portfel z drobnymi (hmm... 150zł), legitymacja i sieciówka, klucze od domu, MP4 ORAZ (ku mojej rozpaczy) nowiutka lustrzanka taty, którą pozwolił mi wziąć na wyjazd. Zerwałam się z miejsca i poprosiłam kierowcę, aby w miarę szybko mnie wysadził, ponieważ zgubiłam torbę itd. itd. Oczywiście otworzono mi drzwi, a że daleko nie odjechałam, puściłam się biegiem do baru. Ryczałam przy tym ze strachu, bo nieźle oberwie mi się za tę cenną zgubę (mam 14 lat). Nie wiem, jak mogłam być tak nieodpowiedzialna.
W barze torby nie było. Ekspedientki zaczęły mnie pocieszać, bo płakałam naprawdę straszliwie, dały jakiś bon na darmowe jedzenie. Robiło się późno, postanowiłam wracać do domu.
Wtem! Dzwoni mój telefon. Po drugiej stronie podniecony facecik z radością w głosie pyta:
- Panna xxx yyy?
- Tak - powiedziałam drżącym głosem.
- Znalazłem panny zgubę!
Zaczęłam ryczeć ze szczęścia.
- Gdzie pannę znajdę?
- Jestem w barze xyz. Ale pan się nie fatyguje, tata podjedzie do pana.
- A tata wie?
- Jeszcze nie.
- To panna nic nie mówi, ja pannie szybciutko przywiozę i będzie po kłopocie.
Zgodziłam się zdziwiona. Facecik faktycznie przyjechał i oddał mi wszystko w stanie nienaruszonym.
Opowiedział mi też, jak kiedyś sam zgubił wartościową rzecz jako dziecko i znalazca okazał się uczciwy. Domyślił się też, że mogę nieźle oberwać za własną zgubę. W swoje szczęście nadal nie mogę uwierzyć.
Wracając z kolonii zimowych, zdarzyło mi się zjeść w barze szybkiej obsługi. Ludzi tłum, wcisnęłam się na miejsce przy stoliku, swoje rzeczy rzuciłam obok, przy nogach i zaczęłam przygryzać frytki.
Kiedy skończyłam jeść, szybko narzuciłam kurtkę i poleciałam na autobus, gdyż za 7 minut odjeżdżał ostatni. Gdy znalazłam się w autobusie, dopadła mnie panika. Z przerażeniem stwierdziłam, że w barze zostawiłam swoją torbę, a w niej - portfel z drobnymi (hmm... 150zł), legitymacja i sieciówka, klucze od domu, MP4 ORAZ (ku mojej rozpaczy) nowiutka lustrzanka taty, którą pozwolił mi wziąć na wyjazd. Zerwałam się z miejsca i poprosiłam kierowcę, aby w miarę szybko mnie wysadził, ponieważ zgubiłam torbę itd. itd. Oczywiście otworzono mi drzwi, a że daleko nie odjechałam, puściłam się biegiem do baru. Ryczałam przy tym ze strachu, bo nieźle oberwie mi się za tę cenną zgubę (mam 14 lat). Nie wiem, jak mogłam być tak nieodpowiedzialna.
W barze torby nie było. Ekspedientki zaczęły mnie pocieszać, bo płakałam naprawdę straszliwie, dały jakiś bon na darmowe jedzenie. Robiło się późno, postanowiłam wracać do domu.
Wtem! Dzwoni mój telefon. Po drugiej stronie podniecony facecik z radością w głosie pyta:
- Panna xxx yyy?
- Tak - powiedziałam drżącym głosem.
- Znalazłem panny zgubę!
Zaczęłam ryczeć ze szczęścia.
- Gdzie pannę znajdę?
- Jestem w barze xyz. Ale pan się nie fatyguje, tata podjedzie do pana.
- A tata wie?
- Jeszcze nie.
- To panna nic nie mówi, ja pannie szybciutko przywiozę i będzie po kłopocie.
Zgodziłam się zdziwiona. Facecik faktycznie przyjechał i oddał mi wszystko w stanie nienaruszonym.
Opowiedział mi też, jak kiedyś sam zgubił wartościową rzecz jako dziecko i znalazca okazał się uczciwy. Domyślił się też, że mogę nieźle oberwać za własną zgubę. W swoje szczęście nadal nie mogę uwierzyć.
Pewnego dnia ja, moja koleżanka i kolega mieliśmy dużo szczęścia i spotkaliśmy pomocnych ludzi. Chętnie opowiem Wam o tym popołudniu.
W planie lekcji zajęcia powinniśmy kończyć o 16:30. Mieszkamy we wsi odległej od szkoły kilka kilometrów. A rozkład jazdy przedstawiał się następująco: 16:19, 17.19, 18:44. Godzina czekania nie zbawiłaby nas, gdyby nie to, że był mroźny, pochmurny dzień. I godzina wyczekiwania na MKS, byłaby dla nas "morderstwem".
Tuż, przed zajęciami artystycznymi zapytaliśmy nauczycielki, czy byłaby możliwość zwolnienia 15 minut przed lekcją z powodu niedogodnie rozłożonego rozkładu jazdy i dużej odległości od domu. Wyrozumiała pani zgodziła się, mimo, że takie zwalnianie jest niezgodne z regulaminem szkoły, po prostu mogła by mieć problemy. Pojawił się drugi problem (już nie tak duży), na tej lekcji rysowaliśmy prace, która ma duży wpływ na ocenę końcową z tegoż właśnie przedmiotu. Możliwość jej ukończenia przed końcem lekcji (45 minut na namalowanie) była mała, a co dopiero przed naszym wyjściem (25 minut na malowanie). Wspaniałomyślność Pani była nie do opisania, pozwoliła nam zabrać prace i dokończyć w domu (kolejne złamanie regulaminu). Jakże uradowani, przebieramy się w szatni. I na luzie idziemy na przystanek autobusowy. Wychodząc ze szkoły zauważamy nasz autobus, który minął własnie nasz przystanek. Do kolejnego mamy 250 metrów, jest możliwość minięcia MKS i pojawieniu się przed nim na przystanku? Prawie niemożliwe. Ale z racji tego, że jesteśmy zwariowaną grupą znajomych, dajemy się ponieść ochocie znalezienia się szybko w milutkim i cieplutkim domku, więc rzucamy się do biegu. Ależ szczęście! Światła zatrzymały nasz środek transportu. Biegnąc co tchu w piersiach mijamy autobus, jeszcze tylko jakieś 150 metrów do przystanku. Ale jak to na światłach i nas zatrzymuje czerwone. Zielone dla MKS-u! Sekundę po nim dla nas! Zrywamy się! I ku naszemu zdziwieniu pan kierowca, zwraca na nas uwagę i z sympatycznym wyrazem twarzy pokazuje nam ręką, że byśmy nie dawali za wygraną i biegli, on na nas poczeka. Oczywiście, nasz kolega zaprawiony w bojach pierwszy dotrze na przystanek. Ale coś mu przeszkodziło. Wszystkie książki wyleciały mu z plecaka na środku chodnika, a do przystanku z czekającym już autobusem 10 metrów. Dobiegamy do kolegi, pomagamy zbierać cholerną makulaturę. Wsiadamy do MKS-u i upajamy się ciepłem i myślą o domku. Kompletnie wyleciało nam z głowy, by podziękować wybawicielowi. I przez kolejne kilka dni męczyło mnie to strasznie. Aż do dnia, gdy inny kolega ze szkoły pisze do mnie słowa o następującej treści: "Trzeba wcześniej wychodzić, żeby zdążyć na autobus". Ja kompletnie nie wiem o co chodzi, ale po jakimś czasie, wszystko się wyjaśniło i kierowcą okazał się właśnie tata kolegi, który opowiedział synowi o zdarzeniu,a ten bystrze powiązał fakty i ot tak dowiedział się o całej sytuacji. Złożyłam szczere podziękowania dla życzliwego pana kierowcy za pośrednictwem syna i teraz mogę spać spokojnie. Oby więcej takich ludzi! Bardzo zaskoczył mnie taki gest, tym bardziej, że kilka dni wcześniej pewien kierowca zachował się tak chamsko wobec mnie i moich znajomych, że prawie straciłam wiarę w ludzką życzliwość.
W planie lekcji zajęcia powinniśmy kończyć o 16:30. Mieszkamy we wsi odległej od szkoły kilka kilometrów. A rozkład jazdy przedstawiał się następująco: 16:19, 17.19, 18:44. Godzina czekania nie zbawiłaby nas, gdyby nie to, że był mroźny, pochmurny dzień. I godzina wyczekiwania na MKS, byłaby dla nas "morderstwem".
Tuż, przed zajęciami artystycznymi zapytaliśmy nauczycielki, czy byłaby możliwość zwolnienia 15 minut przed lekcją z powodu niedogodnie rozłożonego rozkładu jazdy i dużej odległości od domu. Wyrozumiała pani zgodziła się, mimo, że takie zwalnianie jest niezgodne z regulaminem szkoły, po prostu mogła by mieć problemy. Pojawił się drugi problem (już nie tak duży), na tej lekcji rysowaliśmy prace, która ma duży wpływ na ocenę końcową z tegoż właśnie przedmiotu. Możliwość jej ukończenia przed końcem lekcji (45 minut na namalowanie) była mała, a co dopiero przed naszym wyjściem (25 minut na malowanie). Wspaniałomyślność Pani była nie do opisania, pozwoliła nam zabrać prace i dokończyć w domu (kolejne złamanie regulaminu). Jakże uradowani, przebieramy się w szatni. I na luzie idziemy na przystanek autobusowy. Wychodząc ze szkoły zauważamy nasz autobus, który minął własnie nasz przystanek. Do kolejnego mamy 250 metrów, jest możliwość minięcia MKS i pojawieniu się przed nim na przystanku? Prawie niemożliwe. Ale z racji tego, że jesteśmy zwariowaną grupą znajomych, dajemy się ponieść ochocie znalezienia się szybko w milutkim i cieplutkim domku, więc rzucamy się do biegu. Ależ szczęście! Światła zatrzymały nasz środek transportu. Biegnąc co tchu w piersiach mijamy autobus, jeszcze tylko jakieś 150 metrów do przystanku. Ale jak to na światłach i nas zatrzymuje czerwone. Zielone dla MKS-u! Sekundę po nim dla nas! Zrywamy się! I ku naszemu zdziwieniu pan kierowca, zwraca na nas uwagę i z sympatycznym wyrazem twarzy pokazuje nam ręką, że byśmy nie dawali za wygraną i biegli, on na nas poczeka. Oczywiście, nasz kolega zaprawiony w bojach pierwszy dotrze na przystanek. Ale coś mu przeszkodziło. Wszystkie książki wyleciały mu z plecaka na środku chodnika, a do przystanku z czekającym już autobusem 10 metrów. Dobiegamy do kolegi, pomagamy zbierać cholerną makulaturę. Wsiadamy do MKS-u i upajamy się ciepłem i myślą o domku. Kompletnie wyleciało nam z głowy, by podziękować wybawicielowi. I przez kolejne kilka dni męczyło mnie to strasznie. Aż do dnia, gdy inny kolega ze szkoły pisze do mnie słowa o następującej treści: "Trzeba wcześniej wychodzić, żeby zdążyć na autobus". Ja kompletnie nie wiem o co chodzi, ale po jakimś czasie, wszystko się wyjaśniło i kierowcą okazał się właśnie tata kolegi, który opowiedział synowi o zdarzeniu,a ten bystrze powiązał fakty i ot tak dowiedział się o całej sytuacji. Złożyłam szczere podziękowania dla życzliwego pana kierowcy za pośrednictwem syna i teraz mogę spać spokojnie. Oby więcej takich ludzi! Bardzo zaskoczył mnie taki gest, tym bardziej, że kilka dni wcześniej pewien kierowca zachował się tak chamsko wobec mnie i moich znajomych, że prawie straciłam wiarę w ludzką życzliwość.
kierowca autobus spoznienie przystanek szkola
