Top historii
Tutaj wspaniałą jest moja mama.
Niedawno moja rodzicielka opowiedziała mi o tym, co miało miejsce w aptece. Moja kochana mama stojąc w kolejce za młodym małżeństwem z malutkim dzieckiem (nie wyglądali na zamożnych) czekała na swoja kolej. Maleństwo miało obszczypaną buźkę od mroźnego wiatru który swoimi czasy wiał. Mama dzieciaczka zapytała, ile kosztuje krem na owiane policzki i rączki bobaska, gdy usłyszała cenę (14 zł) zrezygnowała, widocznie nie mieli wystarczająco pieniędzy. Moja mama widząc bezradność młodych ludzi kupując leki, kupiła także ten kremik. Gdy wręczyła go dziewczynie ją kompletnie zamurowało. Podziękowała ładnie i od razu nasmarowała bobaska kremem. Dla mojej mamy 14 zł nie jest wielka sumą, a że sama ma małego synka w pewien sposób pomogła małżeństwu. Jestem baardzo dumna z mojej mamy.
Niedawno moja rodzicielka opowiedziała mi o tym, co miało miejsce w aptece. Moja kochana mama stojąc w kolejce za młodym małżeństwem z malutkim dzieckiem (nie wyglądali na zamożnych) czekała na swoja kolej. Maleństwo miało obszczypaną buźkę od mroźnego wiatru który swoimi czasy wiał. Mama dzieciaczka zapytała, ile kosztuje krem na owiane policzki i rączki bobaska, gdy usłyszała cenę (14 zł) zrezygnowała, widocznie nie mieli wystarczająco pieniędzy. Moja mama widząc bezradność młodych ludzi kupując leki, kupiła także ten kremik. Gdy wręczyła go dziewczynie ją kompletnie zamurowało. Podziękowała ładnie i od razu nasmarowała bobaska kremem. Dla mojej mamy 14 zł nie jest wielka sumą, a że sama ma małego synka w pewien sposób pomogła małżeństwu. Jestem baardzo dumna z mojej mamy.
dziecko apteka krem
Gdy miałam 17 lat umówiłam się z pewnym chłopakiem na pierwszą w życiu poważną randkę. Spędziliśmy ze są całą sobotę wałęsając się po centrum Warszawy, byliśmy w baaaardzo wielu miejscach. Gdy wróciłam wieczorem do domu, zauważyłam, że nie mam portfela. Byłam przerażona. Od razu zadzwoniłam do kolegi spytać się, czy może nie wie, gdzie mógł mi wypaść. Chłopak również bardzo się zmartwił. Obiecał, że następnego dnia przejdzie ze mną całą trasę, jaką odbyliśmy i popytamy, czy nikt nie znalazł mojej zguby.
Tak też zrobiliśmy. Chodziliśmy od knajpy do knajpy i pytaliśmy, czy ktoś nie natknął się na mój portfel. Po całym dniu poszukiwań, w zasadzie już bez nadziei weszliśmy do ostatniego budynku, gdzie mogła być moja zguba. Pani kasjerka zapytała mnie tylko o nazwisko. Nie zdziwiło mnie to, gdyż pytano o to w każdej knajpie wcześniej. Jednak po chwili! Tak! Pani przyniosła mój portfel! Wyjęła z niego moją kartę miejską, porównała zdjęcie na niej z moją twarzą, stwierdziła, że wszystko ok i oddała mi zgubę. Powiedziała, że dzień wcześniej jakiś młody chłopak przyniósł do niej mój portfel.
A więc Nieznajomy Młody Wspaniały Chłopaku - DZIĘKUJĘ, przywróciłeś mi wiarę w ludzi.
Tak też zrobiliśmy. Chodziliśmy od knajpy do knajpy i pytaliśmy, czy ktoś nie natknął się na mój portfel. Po całym dniu poszukiwań, w zasadzie już bez nadziei weszliśmy do ostatniego budynku, gdzie mogła być moja zguba. Pani kasjerka zapytała mnie tylko o nazwisko. Nie zdziwiło mnie to, gdyż pytano o to w każdej knajpie wcześniej. Jednak po chwili! Tak! Pani przyniosła mój portfel! Wyjęła z niego moją kartę miejską, porównała zdjęcie na niej z moją twarzą, stwierdziła, że wszystko ok i oddała mi zgubę. Powiedziała, że dzień wcześniej jakiś młody chłopak przyniósł do niej mój portfel.
A więc Nieznajomy Młody Wspaniały Chłopaku - DZIĘKUJĘ, przywróciłeś mi wiarę w ludzi.
Gdy moja siostra była małym dzieckiem, była bardzo odważna, otwarta, towarzyska i pełna energii. Często podchodziła do obcych ludzi i zwierząt i zagadywała ich w tylko sobie znanym języku.
Któregoś dnia, gdy Ola miała może ze 3 lata (ja 5), wracałyśmy do domu od dziadków. Ja z siostrą szłyśmy dobrych kilkanaście metrów przed rodzicami. W pewnym momencie Ola zobaczyła wielkiego wilczura. Podbiegła do niego i zaczęła go zagadywać. Rodzice całej sytuacji nie widzieli, bo droga akurat zakręcała i krzaki zasłaniały cały widok. Ja bałam się podejść i odciągnąć siostrę. W pewnym momencie, nie wiem dlaczego, Ola zaczęła strasznie szybko biec w stronę naszego bloku. Krzyknęłam tylko do rodziców "Ola ucieka!" i próbowałam ją dogonić. Okazało się jednak, że była ona szybsza ode mnie. Gdy dobiegłam z rodzicami do bloku, siostry nigdzie nie było. Byliśmy już zdenerwowani, baliśmy się, że coś się jej stało. Tata otworzył mieszkanie, żeby nie pogorszyć sytuacji i żebym jeszcze ja się nie zgubiła. W tym momencie podjechała winda, a z środka wyszła sąsiadka z 12 piętra razem z moją siostrą. Sąsiadka powiedziała, że znalazła mała wpadła wprost na nią jak wychodziła z windy. Ola na szczęście pamiętała swoje piętro jak i nr mieszkania, więc sąsiadka na szczęście odstawiła ją wprost pod nasze drzwi.
Mimo że od sytuacji minęło już 14 lat, to nadal doskonale ją pamiętam i jestem wdzięczna sąsiadce, że zareagowała tak szybko, dzięki czemu zaoszczędziła nam dużo stresu...
Któregoś dnia, gdy Ola miała może ze 3 lata (ja 5), wracałyśmy do domu od dziadków. Ja z siostrą szłyśmy dobrych kilkanaście metrów przed rodzicami. W pewnym momencie Ola zobaczyła wielkiego wilczura. Podbiegła do niego i zaczęła go zagadywać. Rodzice całej sytuacji nie widzieli, bo droga akurat zakręcała i krzaki zasłaniały cały widok. Ja bałam się podejść i odciągnąć siostrę. W pewnym momencie, nie wiem dlaczego, Ola zaczęła strasznie szybko biec w stronę naszego bloku. Krzyknęłam tylko do rodziców "Ola ucieka!" i próbowałam ją dogonić. Okazało się jednak, że była ona szybsza ode mnie. Gdy dobiegłam z rodzicami do bloku, siostry nigdzie nie było. Byliśmy już zdenerwowani, baliśmy się, że coś się jej stało. Tata otworzył mieszkanie, żeby nie pogorszyć sytuacji i żebym jeszcze ja się nie zgubiła. W tym momencie podjechała winda, a z środka wyszła sąsiadka z 12 piętra razem z moją siostrą. Sąsiadka powiedziała, że znalazła mała wpadła wprost na nią jak wychodziła z windy. Ola na szczęście pamiętała swoje piętro jak i nr mieszkania, więc sąsiadka na szczęście odstawiła ją wprost pod nasze drzwi.
Mimo że od sytuacji minęło już 14 lat, to nadal doskonale ją pamiętam i jestem wdzięczna sąsiadce, że zareagowała tak szybko, dzięki czemu zaoszczędziła nam dużo stresu...
Wróciłam dzisiaj ze szkoły potwornie zmęczona (wiadomo, poniedziałek), a musiałam jeszcze jechać na trening. Po drodze mam jedną przesiadkę. Zobaczyłam rozkład MPK w internecie i zgrałam sobie autobus z tramwajem i zadowolona, że nie będę musiała długo jechać. Niestety przeliczyłam łódzkie MPK i zamiast czekać na przesiadkę 4 min, czekałam 20 min. Na dworze wiadomo, pogoda nie za ciekawa, koksowniki już usunięte więc jednym słowem dupa. Oczywiście na przystanku przez 20 min zrobił się tłum i na miejsce siedzące w autobusie nie było co liczyć. Wsiadam i widzę starszą panią (moherka) na podwójnym siedzeniu. Na jednym siedziała owa pani a na drugim jej siatki z zakupami. Czytając niektóre historie nawet nie chciało mi się jej zwracać uwagi, więc przebolałam jakoś i stoję dalej. Naglę staruszka puka mnie w ramię, przesunęła siatki i zrobiła mi miejsce. Humor poprawił mi się do końca dnia i wróciła wiara w moherowe babcie. Podziękowałam, uśmiechnęłam się i usiadłam. Oczywiście podziękowałam też przy wysiadaniu i wymieniłyśmy uśmiechy. Dziwne, jak łatwo można poprawić człowiekowi humor na resztę dnia.
Historia sprzed paru lat.
Za młodu często podróżowałam na stopa, zatrzymując się u znajomych rozsianych po Polsce. Mając 19 lat dysponowałam niewielkimi finansami, ale sposób podróżowania i noclegi wiążały się też z kwestiami "ideologicznymi" i moją ogólną towarzyskością. Każdy wyjazd to był kolejny "wspaniały" na mojej drodze.
Historia 1
Powrót na stopa z koleżanką z Krakowa, nieopatrznie zostawiłyśmy swoją mapę u znajomych, a że jechałyśmy na drugi koniec Polski było to dość kłopotliwe. Pierwszy kierowca który nam się zatrzymał podarował nam swoją mapę samochodową Polski (wielkie bydlę dla zawodowych kierowców, bardzo szczegółowe, w sklepie kilkadziesiąt złoty). Okazało się również, że właśnie wraca ze Słowacji i dostało się nam po słowackim piwie. A podwoził nas zaledwie z 40 kilometrów.
Historia 2
Kraków, idę sobie ulicą, nagle zaczepia mnie jakiś lekko menelowaty [P]an idący za mną:
[P] Panienka zgubiła, prosze uważać.
I wręcza mi 10 zł które rzeczywiście miałam w tylnej kieszeni spodni, musiały wypaść kilkanaście metrów wcześniej.
Historia 3
Krótka wycieczka z miasta w którym studiowałam do koleżanki na wioskę - ponad 80 km w jedną stronę, ale liczę na złapanie stopa do dużej miejscowości 15 km od owej wsi i podróż autobusem. Kierowca który mnie podwoził zboczył 20 km ze swojej trasy by podwieźć mnie pod dom koleżanki - sam jeździł na stopa, córka w moim wieku też jeździ, może kiedyś ktoś jej wyświadczy taką przysługę.
Za młodu często podróżowałam na stopa, zatrzymując się u znajomych rozsianych po Polsce. Mając 19 lat dysponowałam niewielkimi finansami, ale sposób podróżowania i noclegi wiążały się też z kwestiami "ideologicznymi" i moją ogólną towarzyskością. Każdy wyjazd to był kolejny "wspaniały" na mojej drodze.
Historia 1
Powrót na stopa z koleżanką z Krakowa, nieopatrznie zostawiłyśmy swoją mapę u znajomych, a że jechałyśmy na drugi koniec Polski było to dość kłopotliwe. Pierwszy kierowca który nam się zatrzymał podarował nam swoją mapę samochodową Polski (wielkie bydlę dla zawodowych kierowców, bardzo szczegółowe, w sklepie kilkadziesiąt złoty). Okazało się również, że właśnie wraca ze Słowacji i dostało się nam po słowackim piwie. A podwoził nas zaledwie z 40 kilometrów.
Historia 2
Kraków, idę sobie ulicą, nagle zaczepia mnie jakiś lekko menelowaty [P]an idący za mną:
[P] Panienka zgubiła, prosze uważać.
I wręcza mi 10 zł które rzeczywiście miałam w tylnej kieszeni spodni, musiały wypaść kilkanaście metrów wcześniej.
Historia 3
Krótka wycieczka z miasta w którym studiowałam do koleżanki na wioskę - ponad 80 km w jedną stronę, ale liczę na złapanie stopa do dużej miejscowości 15 km od owej wsi i podróż autobusem. Kierowca który mnie podwoził zboczył 20 km ze swojej trasy by podwieźć mnie pod dom koleżanki - sam jeździł na stopa, córka w moim wieku też jeździ, może kiedyś ktoś jej wyświadczy taką przysługę.
autostop
Wydarzenie to miało miejsce parę lat temu na jednej z ruchliwszych ulic Berlina. Razem z ojcem jeździmy od czasu do czasu na parę godzin powędrować po tym mieście (mieszkamy blisko granicy polsko-niemieckiej, więc takie wypady nie stanowią żadnego problemu natury logistycznej).
Podczas jednego takiego pobytu spacerujemy sobie przy niemal kultowej ulicy Berlina - "Unter den Linden" (pol. "Pod Lipami"). W pewnym momencie wyprzedzają nas na rowerach ojciec i syn. Synek mógł mieć góra siedem-osiem lat. Jechali dość szybko. Kiedy byli dobrych kilkanaście metrów od nas, synkowi wypadł z kurtki telefon. Ludzie, którzy szli przed nami, udawali, że problemu nie ma, nic nie widzieli, idą dalej. Podchodzimy z ojcem do zguby. Ojciec podnosi, ogląda. Widać, że telefon pierwsza klasa. Dla nas, dla ludzi zza Odry, był to wówczas z pewnością szczyt marzeń. No nic, patrzymy i zastanawiamy się, co robić. Rowerzyści zniknęli już z pola widzenia, a my zaś jesteśmy tu turystami, którzy potrafią operować co najwyżej polskim dialektem niemieckiego, zwanym gdzieniegdzie "kuken-machen". Nawet z pójściem na policję byłby kłopot. Trudno, nic nie poradzimy, na razie idziemy dalej. Skręciliśmy w jakąś uliczkę, wtem dzwoni telefon. Na wyświetlaczu: "Papa". Jak tu odebrać, skoro żaden z nas nie potrafi nic nawet wydukać czegoś? Nie odbieramy. I tak parę razy. Być może rowerzysta-ojciec uznał, że skoro nikt nie odbiera, to telefon dalej leży sobie na chodniku, bo parę minut później, kiedy postanowiliśmy się jeszcze cofnąć na Unter den Linden, mignęły nam sylwetki poszukiwanych. Przeszukiwali chodnik, kiedy podeszliśmy do nich i mój ojciec bez słowa wręczył ojcu-rowerzyście zgubę. Reakcja Niemca nie do opisania. Widać było, że się ucieszył. I to bardzo. Wyciągnął portfel i wręczył mojemu ojcu 10 €. Ale tu nie chodzi o te pieniądze. Poczucie, że się komuś pomogło, to największa nagroda, jaką można dostać. Tym większa także z jeszcze jednego powodu. Te pan złego słowa już na Polaków nie powie (no, przynajmniej nie na wszystkich). Podczas całej sceny coś tam z ojcem mówiliśmy do siebie w naszym rodzimym języku, tak że nasz "rozmówca" pewnie się zorientował, z kim ma do czynienia. I w taki sposób możemy naprawiać naszą nędzną reputację. Polak to nie zawsze złodziej i paser.
Podczas jednego takiego pobytu spacerujemy sobie przy niemal kultowej ulicy Berlina - "Unter den Linden" (pol. "Pod Lipami"). W pewnym momencie wyprzedzają nas na rowerach ojciec i syn. Synek mógł mieć góra siedem-osiem lat. Jechali dość szybko. Kiedy byli dobrych kilkanaście metrów od nas, synkowi wypadł z kurtki telefon. Ludzie, którzy szli przed nami, udawali, że problemu nie ma, nic nie widzieli, idą dalej. Podchodzimy z ojcem do zguby. Ojciec podnosi, ogląda. Widać, że telefon pierwsza klasa. Dla nas, dla ludzi zza Odry, był to wówczas z pewnością szczyt marzeń. No nic, patrzymy i zastanawiamy się, co robić. Rowerzyści zniknęli już z pola widzenia, a my zaś jesteśmy tu turystami, którzy potrafią operować co najwyżej polskim dialektem niemieckiego, zwanym gdzieniegdzie "kuken-machen". Nawet z pójściem na policję byłby kłopot. Trudno, nic nie poradzimy, na razie idziemy dalej. Skręciliśmy w jakąś uliczkę, wtem dzwoni telefon. Na wyświetlaczu: "Papa". Jak tu odebrać, skoro żaden z nas nie potrafi nic nawet wydukać czegoś? Nie odbieramy. I tak parę razy. Być może rowerzysta-ojciec uznał, że skoro nikt nie odbiera, to telefon dalej leży sobie na chodniku, bo parę minut później, kiedy postanowiliśmy się jeszcze cofnąć na Unter den Linden, mignęły nam sylwetki poszukiwanych. Przeszukiwali chodnik, kiedy podeszliśmy do nich i mój ojciec bez słowa wręczył ojcu-rowerzyście zgubę. Reakcja Niemca nie do opisania. Widać było, że się ucieszył. I to bardzo. Wyciągnął portfel i wręczył mojemu ojcu 10 €. Ale tu nie chodzi o te pieniądze. Poczucie, że się komuś pomogło, to największa nagroda, jaką można dostać. Tym większa także z jeszcze jednego powodu. Te pan złego słowa już na Polaków nie powie (no, przynajmniej nie na wszystkich). Podczas całej sceny coś tam z ojcem mówiliśmy do siebie w naszym rodzimym języku, tak że nasz "rozmówca" pewnie się zorientował, z kim ma do czynienia. I w taki sposób możemy naprawiać naszą nędzną reputację. Polak to nie zawsze złodziej i paser.
Pracuję w sklepie jako kasjerka. Zawsze na pierwszej zmianie trzeba przyjąć prasę i rozłożyć ją na półce. Dzień jak jak zawsze, tak sobie biegam między kasą a półką. Już kończyłam, wkładałam właśnie ostatnie gazety na najwyższe miejsce, a że wzrostem nie grzeszę to musiałam stanąć na palcach dodatkowo miejsca było mało, gazet dużo z dodatkami, więc trochę musiałam się pomęczyć, żeby je pomieścić. Tak się składa, że gazety są akurat przy samym wejściu. Wchodzi jeden ze stałych klientów, zobaczył co robiłam, podszedł.
- Ja Pani pomogę.
Pomimo moich protestów wziął ode mnie to co trzymałam w rękach i włożył na swoje miejsce.
Niby nic takiego, ale humor murowany do końca dnia. Mały gest, a cieszy.
- Ja Pani pomogę.
Pomimo moich protestów wziął ode mnie to co trzymałam w rękach i włożył na swoje miejsce.
Niby nic takiego, ale humor murowany do końca dnia. Mały gest, a cieszy.
Historia z tłustego czwartku, o cudownej Pani kasjerce w PKP!
Jako, że należę do wyjątkowych śpiochów, nie udało mi się zdążyć na pociąg do Warszawy, gdzie miałam bardzo ważne spotkania. Jestem z Zielonej Góry, przez co ilość pociągów do Warszawy jest wyjątkowo mała. Na dodatek tylko pociąg o 5 rano mieścił się w moich wydatkach. Zrozpaczona poszłam oddać bilet na pociąg, który zakupiłam wcześniej. Ze smutną miną pytając kasjerki czy jest jakiś inny pociąg i w jakiej cenie. Pociąg był za godzinę, ale niestety kosztował prawie 100 zł, a takimi funduszami nie dysponowałam. Pani w kasie widząc moją smutną minę i widząc, że chce odejść od okienka. Poprosiła bym chwilę została i po chwili wstukiwania czegoś w swoim komputerku. Spytała się czy parę przesiadek nie było by dla mnie problemem, bo czas podróży byłby ten sam, co z jedną przesiadką. Jak się okazała Pani kasjerka znalazła specjalnie dla mnie parę połączeń, które umożliwią mi podróż do Warszawy taniej. Jak się okazało musiałam dopłacić jedynie 1,30! Dziękuję Pani kasjerce z PKP w Zielonej Górze, gdyby nie ona zapewne nie udałoby mi się dotrzeć na ważne spotkania!
Kiedyś miałam podobną sytuację ze spóźnieniem na pociąg. Niestety wtedy nie miałam okazji trafić na tak WSPANIAŁA kasjerkę i musiałam odwołać swój wyjazd.
Jeszcze raz dziękuje!
Jako, że należę do wyjątkowych śpiochów, nie udało mi się zdążyć na pociąg do Warszawy, gdzie miałam bardzo ważne spotkania. Jestem z Zielonej Góry, przez co ilość pociągów do Warszawy jest wyjątkowo mała. Na dodatek tylko pociąg o 5 rano mieścił się w moich wydatkach. Zrozpaczona poszłam oddać bilet na pociąg, który zakupiłam wcześniej. Ze smutną miną pytając kasjerki czy jest jakiś inny pociąg i w jakiej cenie. Pociąg był za godzinę, ale niestety kosztował prawie 100 zł, a takimi funduszami nie dysponowałam. Pani w kasie widząc moją smutną minę i widząc, że chce odejść od okienka. Poprosiła bym chwilę została i po chwili wstukiwania czegoś w swoim komputerku. Spytała się czy parę przesiadek nie było by dla mnie problemem, bo czas podróży byłby ten sam, co z jedną przesiadką. Jak się okazała Pani kasjerka znalazła specjalnie dla mnie parę połączeń, które umożliwią mi podróż do Warszawy taniej. Jak się okazało musiałam dopłacić jedynie 1,30! Dziękuję Pani kasjerce z PKP w Zielonej Górze, gdyby nie ona zapewne nie udałoby mi się dotrzeć na ważne spotkania!
Kiedyś miałam podobną sytuację ze spóźnieniem na pociąg. Niestety wtedy nie miałam okazji trafić na tak WSPANIAŁA kasjerkę i musiałam odwołać swój wyjazd.
Jeszcze raz dziękuje!
pociąg kasjerka pkp
Moja historia wydarzyła się ok dziesięciu lat temu. Wracałam z ferii do domu, przejechałam pociągiem prawie całą Polskę, gdy dojechałam do Wrocławia okazało się, że pociąg do mojego miasta mam dopiero za dwie godziny. Była już późna noc, ja sama, wystraszona. Postanowiłam, że poczekam w jednym z dworcowych barów. Kiedy weszłam do środka, usiadłam w kąciku zamówiłam herbatę, lokal był prawie pusty, przy stolikach siedziało starsze małżeństwo i jakiś samotny mężczyzna w wieku ok. 30 lat w innej części sali. Po pewnym czasie do baru weszło dwóch wyraźnie "wstawionych" żołnierzy, rozglądnęli się i gdy zobaczyli mnie, zaczęli iść w moim kierunku mówiąc głośno coś w rodzaju "mamy wreszcie dupeczkę" i takie tam. Chciałam stać się niewidzialna, zamknęłam oczy, serce waliło mi okropnie, w bezruchu czekałam na to, co się stanie, wyobrażałam sobie najgorszy scenariusz. Po chwili usłyszałam (o dziwo) ciepły męski głos - Kasiu. Jak Ty się zmieniłaś, czekam tu na Ciebie już dłuższą chwilkę, ale chyba kuzyna nie poznałaś. Otworzyłam oczy, przede mną stał mężczyzna który siedział samotnie kilka stolików dalej. Wojacy stali zdziwieni kawałeczek za nim. Mężczyzna wziął mnie za rękę, podniósł z ziemi moja torbę i poszliśmy do jego stolika. Tamci wyszli, a ja siedziałam jeszcze dłuższą chwilę w takim szoku, że nie potrafiłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Już nie pamiętam, jak mój nieznajomy wybawca miał na imię, mówił mi, że zajmuje się odnawianiem starych samochodów. Odprowadził mnie do pociągu, czekał aż odjedzie, stał i machał mi. Nigdy już Go nie spotkałam, ale nie wiem co by było gdyby nie On. Jeszcze raz dziękuję Ci.
nieznajomy wybawca
Witam. Ta historia będzie o miłości, o tegorocznych walentynkach.
Mam chłopaka 170 km od mojego rodzinnego miasta. Poznaliśmy się przez internet. Widzieliśmy się raz, 7 stycznia. Dowiedziałam się od chłopaka, że na walentynki dostanę dwa prezenty. Jeden duży, a drugi mały. Dodał, że wyśle dwa osobno, bo jeden jest zbyt duży i nie zmieści się do paczki. Pomyślałam od razu, że musiał bardzo się wykosztować, skoro ten prezent jest naprawdę duży.
13 lutego dostałam paczkę, dość sporą a w niej kilka prezentów. Pomyślałam, że to ten duży prezent, skoro koperta była duża. Dowiedziałam się jednak, że jest to MAŁY prezent. Przeraziłam się wizją tego dużego.
Jak się okazało, nie miałam czego się bać. Na przerwie przed ostatnią lekcją dzwoni do mnie chłopak i wypytuje się o moją szkołę, a głownie chciał dowiedzieć się o tym, jakim wyjściem wychodzę, bo z tego co widział w internecie, na mapce, są dwa wyjścia (Rzeczywiście są.) Ja niczego nie świadoma powiedziałam mu, że głównym, ponieważ jest zima i boisko jest zamknięte, by przejść bocznym wyjściem. Na tym nasza rozmowa się skończyła.
Będąc w szatni i ubierając kurtkę, zobaczyłam jak dzwoni do mnie, lecz nie zdążyłam odebrać bo miałam wyciszony telefon. Proszę sobie wyobrazić sytuację: Trzymam telefon by do niego oddzwonić, byłam już w drzwiach szkoły, gdy nagle słyszę znajomy głos w moja stronę: " Miałaś zamiar dzisiaj wychodzić z tej szkoły?" I zobaczyłam jego, czekającego przed szkołą. Moje szczęście nie miało końca, nie mogłam uwierzyć w to że on tam stoi.
Nie muszę pisać że resztę dnia spędziliśmy bardzo miło.
Mam chłopaka 170 km od mojego rodzinnego miasta. Poznaliśmy się przez internet. Widzieliśmy się raz, 7 stycznia. Dowiedziałam się od chłopaka, że na walentynki dostanę dwa prezenty. Jeden duży, a drugi mały. Dodał, że wyśle dwa osobno, bo jeden jest zbyt duży i nie zmieści się do paczki. Pomyślałam od razu, że musiał bardzo się wykosztować, skoro ten prezent jest naprawdę duży.
13 lutego dostałam paczkę, dość sporą a w niej kilka prezentów. Pomyślałam, że to ten duży prezent, skoro koperta była duża. Dowiedziałam się jednak, że jest to MAŁY prezent. Przeraziłam się wizją tego dużego.
Jak się okazało, nie miałam czego się bać. Na przerwie przed ostatnią lekcją dzwoni do mnie chłopak i wypytuje się o moją szkołę, a głownie chciał dowiedzieć się o tym, jakim wyjściem wychodzę, bo z tego co widział w internecie, na mapce, są dwa wyjścia (Rzeczywiście są.) Ja niczego nie świadoma powiedziałam mu, że głównym, ponieważ jest zima i boisko jest zamknięte, by przejść bocznym wyjściem. Na tym nasza rozmowa się skończyła.
Będąc w szatni i ubierając kurtkę, zobaczyłam jak dzwoni do mnie, lecz nie zdążyłam odebrać bo miałam wyciszony telefon. Proszę sobie wyobrazić sytuację: Trzymam telefon by do niego oddzwonić, byłam już w drzwiach szkoły, gdy nagle słyszę znajomy głos w moja stronę: " Miałaś zamiar dzisiaj wychodzić z tej szkoły?" I zobaczyłam jego, czekającego przed szkołą. Moje szczęście nie miało końca, nie mogłam uwierzyć w to że on tam stoi.
Nie muszę pisać że resztę dnia spędziliśmy bardzo miło.
miłość
